To była piękna słoneczna wrześniowa niedziela. Ani nie było za ciepło, ani za zimno. W sam raz na pieszą wycieczkę, a tu nic nie było zaplanowane. Po dłuzszym namyśle doszliśmy do wniosku, że trzeba zobaczyć coś w naszym mieście, miejsce gdzie jescze nie byliśmy.
Padło na Ruiny Wieży Quistorpa
zwane przez niektórych młodszych Szczecinian Zameczkiem Geringa (tak dobrze kojarzycie, tego niesławnego Georinga, założyciela Gestapo). Postanowiliśmy, że w jedną stronę pojedziemy tramwajem, a w drugą wrocimy na piechotę. Najłatwiej było wsiąść nam przy Dworcu Głównym w tramwaj nr 3. Tak więc tłukliśmy się "trójką" 20 minut przez miasto, nie mogąc nawet swobtnie pogadać, bo tramwaje mają to do siebie, że są za głośne. W koncu tramwaj dobrnął do pętli w Lasku Arkońskim
. Weszliśmy do lasu, i pokieorwalismy sie główna ściezką, a po jakiś 200 m zeszliśmy na ścieżkę prowadzącą pod górę. Szliśmy na "czuja", bo nie udało nam się znaleźć szlaku. Na szczęście miejsce to jest chętnie odwiedzane przez ludzi, więc większość ścieżek prowadzi przez ruiny. W końcu trafiliśmy na schody, stare, betonowe, częściowo rozsypane. Gdy już udalo nam się wspiąć na ich szczyt, zobaczyliśmy cel naszego spaceru: Ruiny. Całe omszałe, porosnięte zielskiem, pomalowane tandetnym grafiti (właściwie grafitti nie można było tego nazwać, były tylko jakies bohomazy w stylu "tu byłem", "kocham Jolkę", itd.) Z ruin zostały tylko dwa piętra, dół bodaj sześciokątna sala, otoczona króżgankami, i góra, prawie całkiem zniszczona. Ciężko było zgadnąć, co właściwie mogło tam być. Na górę prowadziły schody wykute z piaskowca, przy których stały kiedyś monumentalne rzeźby, z tego co pamiętam autorstwa Menzla. Teraz rzeźby leżały u podnuża ruin. I tak pozaglądaliśmy w każdy możliwy kąt, porobilismy zdjecia i przyszedł czas na powrót. Miejsce nawet teraz było piękne, ale aż dech zapiera, jak człowiek sobie wyobrazi, jak było tu zanim wieża została zniszczona w wojennej zawierzusze.
Powrót
Szliśmy tak we dwoje zastanawiając się jak kiedyś wygladała wieża Quistorpa. Musiała być piękna. Górowala nad lasem, a z jej górnego tarasu roztaczał się widok na cały Las Arkonski. Na dole była kawiarnia, pewnie ciężko było o wolne miejsce. Teraz to miejsce skrywało tajemnicę. Do tej pory nie udało się wyjaśnić w jaki sposób wieża obróciła sie w ruinę, czy to podczas nalotów alianckich na Szczecin w 1944 r., czy tez jak Niemcy wycofywali się ze Szczecina sami wysadzili wieżę w 1945 r.
Szlismy w kierunku domu, spacerując przez Las Arkoński
, przepiekny szczeciński Park. Zielone płuca mojego miasta. Był już wrzesień, ale liście na drzewach były jeszcze zielone. W parku królowały przede wszystkim drzewa i krzewy liściaste. Gdzie niegdzie stał jakiś samotny świerk, albo cis. Spacerowiczów w parku było od groma, lawki wszytke pozajmowane przez zmęczonych juz chodzeniem ludzi, lub przez starsze osoby, które wygrzwały się w ostatnich promieniach jeszcze letniego słońca. Doszliśmy do Parku Kasprowicza
. Właściwie granica między parkiem, a laskiem nie istnieje. Nazwy są tylko dla urzędników, nie dla nas spcerowiczów i turystów. Tak więc zaczął się Park Kasprowicza, a my powoli zbliżaliśmy się do ogrodu Różanego.
Ogród Różany "Różanka"
Dobrnęliśmy do Ogródu Różanego "Różanka"
, jednego z piękniejszych miejsc w naszym mieście. Różanka powstała w czasach kiedy Szczecin był niemiecki, przetrwała wojne, ale w latach komuny popadla w ruine. Dopiero w 2007 roku, odrestaurowana została oddana do użytku. W ogrodzie posadzono ponad dziewięć tysięcy róż w 99 odmianach. Wrażenie robi nie samowite. Piękne kwiaty w wielu odmianach, kolorach. Róże czerwone, żółte, białe, różowa, nawet te dzikie mają tu swoje miejsce. Ogród cały pachnie, ale nie tylko różami.
Stała tam malutka kawiarenka, właściwie to nawet ciezko było ja tak nazwać, bo był to postawiony maly namiot handlowy, jakich pełno na promenadach w nadmorskich miejscowościach, ale urządzony tak, że nie szpecil tego pięknego miejsca. W środku stały mebelki w stylu rustykalnym, czy tez prowansalskim (ja różnicy nie widzę). Oczywiście skusilismy sie na kawę. I tak popijąc kawę, przechadzaliśmy sie alejkami podziwiając okazy róż. Szkoda, że był juz wrzesień, niktóre kwiaty już zwiędły.
Kawa nam się skonczyła gdy doszliśmy do Ptasiej Fontanny. Tu róż nie było, ale fontanna została obsadzona różnymi gatunkami traw. Ptasie głowy, nie wiem czy to gęsie czy łabędzie wyglądały na zamyślone. jakby szykowały sie do odlotu do ciepłych krajów. Oprócz szumu przepływajacej wody słychac było rozesmiane dzieci bawiące sie na placu zabaw, który został urządzony powyżej.
Ehhh i zgłodniałam. Zresztą mój partner też. Nasze brzuchy pogoniły nas dalej w kierunku Teatru Letniego.
W Platanie
Tak więc, jak już nasze burczące brzuch wygoniły nas z Różanki, poszliśmy w kierunku Teatru Letniego
. Właściwie to zmieżaliśmy bardziej do baru Platan
coś przekąsić, bo jeszcze trochę, a burczałoby nam tak w brzuchach, że ludzie zaczęliby na nas krzywo patrzeć, a psy warczeć. Na szczęście z Różanki do baru daleko nie jest. Miejsce troszkę dla mnie dziwne, z jednej strony wnętrze pamięta chyba jeszcze czasy komuny, a podwórko wyglada jak ogródek piwny. No może troszkę lepiej, bo wszędzie pełno krzewów. Największym plusem tego miejsca jest to, że można samodzielnie upiec sobie nad ogniskiem kiełbaski zakupione w barze. Oczywiście nie mogliśmy nie skorzystać z tej przyjemności, i cali żeśmy sie okopcili. Sama, jak wychodziłam stamtąd, pachniałam jak kiełbaska z ogniska. Bar ma też jeszcze jednego plusa: bardzo przystępne ceny.
Oczywiście pieczenie kiełbasek trochę trwało, mieliśmy czas, żeby troszkę nogi nam odpoczęły przed dalszą wędrówką. Byliśmy dopiero w połowie drogi do domu.
Wróciliśmy na główną ścieżkę, po której spacerowało całe mnóstwo mam z wózkami o przeróżnych kontrukcjach. Jedne wygladały jakby były na pajęczych nóżkach, inne miały nisko zawieszoną gondolę. Niektórzy sunęli przed sobą wózki w stylu retro, na wielkich szprychowych kołach. Minęliśmy nawet kilka wózków dla bliźniaków. Między spacerowiczmi i wózkami lawirowali usilnie rowerzyści, pędzący niewiadomo dokąd. Tak doszliśmy do Trzech Orłów, a właściwie
Pomnika Czynu Polaków
, który trzema orłami nazwany został przez Szczeciników ze wzgledu na swój wygląd. Stąd droga do domu była już prosta. Jeszcze tylko trzeba było przejść przez Jasne Błonia i całą Al. Jana Pawła.
Jasne Błonia
to kolejne urokliwe miejsce na naszej trasie. Platanowe aleje otaczające wielki trawnik na którym ustawiono
Pomnik Papieża Jana Pawła II
. Po alejkach w taki dzień jak dziś jeździ ciuchcia, zrobiona chyba z wózka elektrycznego, i wozi roześmiane dzieciaki.